poniedziałek, 18 listopada 2013

Od Sorray

    Zerwałam się z łóżka kiedy tylko mój budzik zaczął irytująco pikać. Ubrałam się, umyłam zęby i wciągnęłam szybkie śniadanie składające się z dwóch kromek chleba posmarowanych dżemem truskawkowym. Kiedy wybiegłam na dwór jedząc ostatni kęs kanapki była już 6 rano. Powietrze było całkiem przyjemne, nie tak jak to było jeszcze nie dawno w zimie. Był koniec kwietnia, trawa rosła już na pastwiskach, a Nadzieja machając ogonem skubała trawę. Podbiegłam do ogrodzenia i zawołałam ją Klacz podniosła głowę i pokłusowała w moja stronę. Zatrzymał się tuż przed ogrodzeniem i oparła o mnie łeb obwąchując mnie. Zaśmiałam się. Weszłam na padok i chwyciłam konia za kantar. Wyprowadziłam moją klacz z pastwiska i podeszłam z nią pod koniowiąz po drodze łapiąc wiszący na płocie uwiąz. Przywiązałam ją i zaczęłam czyścić. Kiedy tak zamyślona równomiernymi róchami czyściłam klacz nagle usłyszałam za sobą kroki. Odwróciłem się i zobaczyłam zbliżającą się Jennyfer.
- Cześć - przywitałam się.
- Cześć Skrraya! - odpowiedziała ciocia. Jennyfer była właściwie moją matkę chrzestną, ale ja czasem mówiłam do niej ciociu.
- Jak tam? Znowu wybierasz się na poranną przejażdżkę?
- Oczywiście. Przejadę się z Nadzieją wokół Hertlandu, a potem... - nie dokończyłem bo dostrzegłam stojący na podjeździe za stajnią jakiś nie znany samochód z przyczepą.
- Kto to? - spytałam.
- Ach! Zapomniałam ci wczoraj powiedzieć, że dzisiaj miała przyjechać nowa uczennica. Chodź się przywitać.
"Tak wcześnie?" - pomyślałam zdziwiona ale położywszy szczotki na ziemi z daleka od konia ruszyłam za Jennyfer w stronę samochodu.


>>>>Amy?<<<<

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz